czwartek, 2 lipca 2015

Jak się zdrowo odżywiać cz. 3 - zmiany w moim samopoczuciu i nie tylko, oraz czy zdrowa dieta musi być kosztowna


zdrowe odżywianie
Moje ogrodnicze osiągnięcia:)



Był najpierw post o zdrowym odżywianiu i co to dla mnie znaczy, potem dalsza część, czyli jak ewoluowała moja dieta, dzisiaj część kolejna.


Jakie zmiany w ciele i samopoczuciu zaobserwowałam na przestrzeni tych kilku lat, odkąd mocno eksperymentuję z dietą?

Oglądaliście sobie kiedyś język? Pewnie tak, ja też. Pamiętam, że zawsze miałam takie wręby po bokach języka, ale myślałam, że każdy takie ma, bo język opiera się o zęby przecież. Poza wrębami zawsze miałam nalot, ale też wydawało mi się, że to normalne i u każdego obecne.
Tymczasem, jak zaczęłam interesować się Kuchnią Pięciu Przemian, a przez to i Tradycyjną Medycyną Chińską, to natrafiłam w jednej z książek w tym temacie na diagnozę stanu zdrowia z języka (tutaj jest też taka diagnoza). I czarno na białym wyszło, że wcale nie każdy ma taki język z odbitymi zębami i, mało tego, to wskazuje na  zaburzenia w funkcjonowaniu wątroby. Nalot na języku z kolei na zaburzenia żołądkowe.
Ponieważ nie wiedziałam co mogę konkretnie zrobić, żeby te zaburzenia zniwelować, więc niespecjalnie się tym przejęłam i o języku zapomniałam na długo.
Przypomniałam sobie o nim przypadkowo mniej więcej rok temu podczas wizyty u dentysty i ze zdumieniem wielkim odkryłam, że... nie było wrębów!!! Język był gładki po bokach, nie do wiary! I bez nalotu, lub z nikłymi jego śladami. Od tego czasu przyglądam się mojemu językowi dość systematycznie i cały czas jest gładki.
Zaczęłam ostatnio myśleć co na to mogło wpłynąć? W międzyczasie wiele razy moja dieta się zmieniała, jednak coraz mniej jest w niej (lub okresowo wcale) glutenu, a także produktów przetworzonych. Natomiast zdecydowanie więcej jest  ciepłych posiłków, nie ma słodyczy przemysłowych (lub są w ilości symbolicznej), a składniki moich dań są lepszej jakości.
To są chyba największe zmiany w stosunku do mojego stylu odżywiania sprzed kilku lat i zmiany stałe. Więc któraś z tych rzeczy, albo wszystkie razem, wpłynęły na to, że mój organizm lepiej działa, bo do tego (chyba) się ten zmieniony obraz języka sprowadza.

Co jeszcze się zmieniło? Przestałam odczuwać tzw. bóle głodowe, które kiedyś towarzyszyły mi na co dzień, szczególnie rano. Bóle, które odczuwałam przez wiele lat. W którymś momencie byłam przekonana, że ani chybi muszą to być wrzody (a może nawet i były).
Kolejna zmiana, to koniec problemu z zaparciami, które miałam odkąd pamiętam, tzn. nie pamiętam, żebym ich kiedykolwiek nie miała. Jak zaczęłam się wypróżniać codziennie i w zupełnie innym, że tak powiem, lżejszym stylu, to było to dla mnie bardzo przyjemne odczucie. W końcu wizyta w wc przestała być męką.

To chyba 3 takie główne zmiany, mniejszych być może jest więcej, nie zarejestrowałam ich jednak zbyt wyraźnie, albo już nie pamiętam.
Odczuwam też zmiany w ciele, mam mniej tkanki tłuszczowej, więcej mięśni i jakby bardziej zwarte wizualnie ciało, ale to wiążę bardziej z systematycznymi ćwiczeniami, które uprawiam od ponad 2 lat. Ale pewnie i dieta na to ma wpływ. Na pewno, o czym wspomniałam przy okazji chleba, spożycie glutenu ma wpływ na wygląd mojego brzucha.


Gdzie i jak robię zakupy?

Zakupy spożywcze stały się dla mnie teraz wielką przyjemnością, bo choć od dawna je lubię (w przeciwieństwie do innych zakupów), to jednak wcześniej zdecydowanie pochłaniały za dużo mojej energii i czasu (a także benzyny). Robiłam je w różnych miejscach, bo tutaj mają dobre i w dobrej cenie mąki,  a tam owoce, a jeszcze gdzie indziej jest niefaszerowana wędlina i tak ciągle kursowałam po mieście.

Od kilku miesięcy sobotę rozpoczynam zakupami na Targu Pietruszkowym i tam zaopatruję się w większość potrzebnych mi w tygodniu produktów, począwszy od zielenin, poprzez nabiał, jajka, owoce, a skończywszy na wędlinach. Tak spędzony sobotni poranek to dla mnie duża frajda i poczucie, że kupuję to, co możliwie najlepsze, bo niepryskane, nie podsypane i bez szkodliwych dodatków, świeże, w dużym wyborze (zieleniny, jakich nie dostanę gdzie indziej) i w dobrej cenie.
Trochę mam też zieleniny pod ręką, bo co roku zwiększam ilość zasiewów w moim ogródku; w tym roku doszło ich sporo, jest to dodatkowa satysfakcja, bo własnoręcznie wyhodowane rośliny (choćby cebula z doniczki na parapecie) wartość mają nieporównywalną z jakimkolwiek zakupionym produktem.

Pozostałe zakupy usprawniłam w ten sposób, że mam w telefonie notatnik "zakupy", gdzie spisuję potrzebne produkty (poza tymi cotygodniowo kupowanymi na targu) z podziałem na sklepy, w których wiem, że je (te produkty) dostanę w dobrej jakości i cenie i  raz na jakiś czas robię tam zakupy, najczęściej tak planując, żeby to było przy okazji załatwiania innych spraw. Do Makro np., w którym zaopatruję się w kurczaki i inny drób, masło klarowane itp. jadę najczęściej po zakupach na targu, bo mam i po drodze i w sobotnie poranki jest tam pusto. Do Lidla z kolei (m.in. po ryż basmati, orzechy, eco banany) jadę jak wracam od mojej mamy, bo też mam wtedy po drodze.
Taki system sprawia, że nie odczuwam już tego, co czułam wcześniej - że ciągle robię zakupy. Na pewno na to odczucie też wpływa fakt, że tych zakupów robię coraz mniej, bo i mniej produktów, w porównaniu do kiedyś, używam.


Temat drażliwy, czyli koszty. 

Powszechne jest raczej mniemanie, że zdrowe odżywianie, czyli rzecz ujmując ogólnie: korzystanie w kuchni z nieprzetworzonych produktów dobrej jakości, wymaga sporych nakładów finansowych i na to mogą pozwolić sobie tylko osoby bogate. To przekonanie pewnie wiele osób zniechęca do wykonania jakichkolwiek kroków w tym kierunku. Albo jest argumentem przeciw.

Tak może być, ale nie musi. Bo to zależy od kilku czynników.

Co moim zdaniem kształtuje te wydatki? Podam kilka przykładów, choć to pewnie nie wyczerpuje tematu.

1.  Na czym opieramy kuchnię?
Jeśli na potrawach mącznych, to odczujemy różnicę, bo wszelkie tzw. lepsze mąki, czy to zbożowe, czy bezglutenowe, czy w końcu (zwłaszcza te!) niezbożowe są droższe, a niektóre zdecydowanie, od mąki białej, takiej najzwyklejszej. Więc jeśli tylko zamienimy dotychczasowo używaną mąkę na te zdrowsze i nadal będziemy często piec ciasta, robić naleśniki, pierogi i kopytka, nie szczędzić sobie makaronu (tylko teraz np. gryczanego, którego cena jest bardzo wysoka), to odczujemy to w kieszeni, na pewno.
Albo jeśli jedliśmy sporo mięsa i teraz zamienimy je w proporcji 1:1 na mięso ekologiczne, to nie ma siły, żeby budżet nasz pozostał nienaruszony. Albo gdy zamiast ziemniaków zaczniemy zajadać się komosą ryżową, bo jest zdrowa.
Podobnie z sokami (kartonowe na jednodniowe) czy chlebem (zwykłym białym na dobry chleb na zakwasie).

Ale zwykle dzieje się tak, że jak zaczyna się zwracać uwagę na to co się je, to automatycznie (choć czasem szybciej, a czasem wolniej) ubywa z naszej kuchni potraw mącznych, ciasta pojawiają się rzadziej, soki (jeśli się je pije) wyciska się w domu, częściej się  w domu wytwarza niż kupuje gotowy produkt itd. Jeśli nie piecze się chleba, to chociaż ogranicza się jego spożycie i wtedy, mimo, że droższy wystarcza nam na dłużej. Z reguły częściej też sięgamy po warzywa i zaczynają one zajmować znaczną część naszego talerza.

2. Gdzie się zaopatrujemy?
Jeśli postawimy głównie na sklepy ze zdrową żywnością, to również odczujemy różnicę. Jeśli w dodatku będziemy zwracać uwagę na to, czy produkty są certyfikowane i oznaczone znaczkami "eco" bądź podobnymi, to nie ma co liczyć, że ceny ich będą niskie. Taką różnicę widać też (choć nie zawsze) na wspomnianym Targu Pietruszkowym, są tam wystawcy oferujący towar z certyfikatem ekologiczności  i tacy, którzy go nie mają. Ja najczęściej kupuję u tych drugich i to mnie zadowala.
Są pewne produkty, które kupuję w sklepach eco (np. rzeczony makaron gryczany jadany przez nas bardzo rzadko, albo niektóre bakalie), ale głównie kupuję w zwykłym sklepie.

3. Na jaką półkę cenową stawiamy?
Oczywiście jeśli stawiamy na zamianę na produkty najwyżej jakości, to zwykle wiąże się to i z najwyższą ceną. Ja przyjęłam zasadę, że kupuję "wystarczająco dobre", czyli podobnie jak uważam, że jestem wystarczająco dobrą żoną i  matką (nie wiem czy tak samo uważa mój mąż i córka;)
Czyli, jeśli ser żółty, to niekoniecznie taki za 100 zł/kg lub więcej, bo również w cenie 40-50 zł można przyzwoity ser dostać; kupuję niewielki kawałek, z reguły ścieram na tarce i służy jako posypka do czego się tam chce.
Zwykłą czekoladę zamieniłam na gorzką, ale też nie z najwyższej półki, tylko z Lidla (bardzo przyzwoity skład).
Jeśli kurczak, to niekoniecznie ekologiczny, ale zagrodowy, co prawda i tak 2 razy droższy od zwykłego hodowlanego, ale jemy go też rzadziej niż kiedyś. Ekologiczną staram się tylko kupować wątróbkę kurzą, bo zagrodowej nie spotkałam. Kupuję częściej kaczkę, podroby indycze, a w mięso zaopatruję się na razie w mniejszych sklepikach, choć w przyszłości chciałabym kupować mięso pochodzące z hodowli naturalnych. Póki co wydaje mi się ono zbyt drogie, ale kiedyś drogi wydawał mi się też kurczak zagrodowy, a teraz zwykłego bym nie kupiła, więc pewnie i tutaj do tego dojdę, może rezygnując z czego innego.
Wędliny  kupuję od małych producentów i bez dodatków i tutaj cena mnie bardzo pozytywnie zaskakuje, bo albo są trochę droższe od zwykłych, albo wręcz w tej samej cenie (choć oczywiście można na rynku dostać też i takie bardzo drogie).  Za to ich smak i jakość jest nieporównywalna! W dodatku zakupiony kawałek szynki czy boczku długo może leżeć w domu i nic się nie dzieje, poza ich podsychaniem, czego nie można powiedzieć o wędlinach z marketów.


Chciałam podkreślić też, dość istotny moim zdaniem fakt, mający wpływ na koszty związane z zakupami żywności. Chodzi o mniejszą ilość kupowanych produktów.
W ogóle mniejszą, bo pewne działy zupełnie wypadły z mojego koszyka (dużo ich, co widzę najlepiej podczas mojej bytności w sklepach typu market, gdzie zdecydowana większość półek jest przeze mnie omijana, bo na nich nic dla mnie nie ma), a także jak widzę, siłą rzeczy, przy kasie co inni wykładają ze swoich koszyków na ladę (i ile to kosztuje!), jak i mniejszą w spożywaniu, bo lepszy produkt, czyli z większą zawartością odżywczych składników i w dodatku lepiej zestawiony z innymi powoduje, że do nasycenia, czyli odpowiedniego odżywienia organizmu, nie potrzeba dużych ilości.

I jeszcze kwestia tzw. superfoods, czyli spiruliny, chlorelli, jagód goji, nasion chia i wielu innych, bo co chwilę coś do tego grona dochodzi. Sporo się o nich mówi i myślę, że wielu osobom mogą kojarzyć się z czymś niezbędnym do uzyskania odpowiedniego stanu odżywienia organizmu, a co za tym idzie i zdrowia. A nie są to produkty tanie.
Ja powiem jak ja je traktuję, bo sięgam po nie od czasu do czasu: to są dla mnie raczej produkty uatrakcyjniające moje menu, ale absolutnie nie uważam ich za niezbędne. Jeśli ma się na nie ochotę i bez uszczerbku dla budżetu można przeznaczyć na nie pieniądze, to jak najbardziej, jeśli nie, to na pewno bez nich się przeżyje.

A jak jest u mnie  z kosztami?
Kilka lat  temu miałam okres, że prowadziłam zapiski domowych wydatków, ale potem zaprzestałam. Teraz ponownie wracam (od wczoraj, czyli 1 lipca), kierowana ciekawością ile faktycznie wydaję teraz na żywność, bo z grubsza oceniając moje wydatki mam poczucie, że one nie wzrosły, a nawet wręcz przeciwnie: że zdarza się, że wydaję mniej. 
Zobaczę czy moje poczucie jest zasadne.


Na koniec chciałam jeszcze wspomnieć o zmianach, które nastąpiły u mnie w ostatnich miesiącach, zmianach samoistnych, bo zupełnie o tym nie myślałam. Chodzi o ilość posiłków i ich czasowy rozkład.
Nie jem wczesnych śniadań! Kiedyś śniadanie jadłam prawie zaraz po przebudzeniu, bo czułam głód. Teraz głód pojawia mi się ok. godz. 10, a czasem nawet później. I idę za tym i dopiero wtedy jem śniadanie, najczęściej w postaci jajek. Rano, po przebudzeniu piję tylko kawę.
Kiedyś jadłam więcej posiłków, najczęściej 5, teraz jem 3 główne, czasem dochodzi do tego jakaś przekąska.
Piszę o tym informacyjnie, nikogo nie namawiam do takich zmian. Raczej chodzi mi o to, że z tego również wynika, że nic nie jest stałe, raz na zawsze i pewne. Ja z tymi zmianami czuję się dobrze, zwłaszcza z tym późnym śniadaniem i sama się dziwię, że to tak się stało.
Ale może za jakiś czas to się znów zmieni, zobaczymy.


Uff, ten wpis i poprzedni to miał być  w zamyśle jeden wpis jedynie uzupełniające ten pierwszy, a wyszedł z tego 2-częściowy elaborat. W dodatku mam odczucie niedosytu, bo temat jest oooogromny.
Ale liczę, że w komentarzach podzielicie się swoimi przemyśleniami (może odmiennymi od moich?) i dopiszecie dalszy ciąg - zapraszam:)


Dopisek: moja koleżanka Lidka przypomniała mi w komentarzu pod tym postem na FB o planowaniu posiłków. Kiedyś w ogóle nie przywiązywałam do tego wagi, teraz uważam, że to ważne i pomocne, bo jak się planuje, to się mniej kupuje i z głową, czyli to co potrzebne, a nie produkty, których się nie zdąży spożytkować albo nie ma się na nie pomysłu, przez co sporo się marnuje. Ja co prawda nie mam jeszcze w zwyczaju planować posiłków (głównie obiadów) na cały tydzień, ostatnio planuję na 2-3 dni, ale chyba od dzisiaj zacznę na dłuższy dystans, bo mnie to zmobilizowało:)


23 komentarze:

  1. Jeśli chodzi o koszty i o kupowane produkty, to mam mniej więcej podobnie. Nie odczuwam wzrostu wydatków na jedzenie, wprost przeciwnie. Bardziej myślę o tym, co kupuję i efektywniej to wykorzystuję więc w rezultacie mniej kupuję i mniej wydaję:-)
    Co do samopoczucia - po zmianie diety jest wyraźnie lepiej, choć wciaż nie idealnie, ale to nie jest dla mnie powód, by rezygnować, tylko odwrotnie - szukać głębiej.
    Ale jest jedna rzecz, która mnie martwi, a która też jest wynikiem zmiany mojego sposobu odżywiania się - nienasycony apetyt. Wcześniej tego nie miałam. Gdy nie czułam sie głodna nie myślałam o jedzeniu, gdy czułam się głodna - jadłam i nawet nieduża porcja potrafiła mnie nasycić i znów o jedzeniu zapominałam. Teraz o jedzeniu myślę bez ustanku, a wszystko tak mi smakuje, że nie potrafię oderwać się od talerza. Jem na godziny, bo inaczej jadłabym bez przerwy. Nawet, gdy czuję się najedzona po kurek, to nadal patrzę z apetytem na jedzenie i gdyby nie rozsądek, jadłabym dalej. Ale waga chyba mi się wreszcie zatrzymała. Trochę powyżej mojej normy, ale BMI wciaż dobre - 19,8 więc nie pozostaje mi chyba nic innego, jak się przyzwyczaić;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Renya, a może jest tak, że Ty byłaś do swojej wagi przyzwyczajona, ale ona wcale dla Ciebie nie była optymalna. I teraz, odpowiednio odżywiony organizm sam sobie ją wyrównał:)

      Usuń
  2. Zazdroszczę Ci tego ogródka, ja niestety muszę się zadowolić kilkoma doniczkami ziół, a moje papryki musiałem podarować mamie i babci, bo w mieście pszczół niedobór i z kwiatów nic nie było. Podziwiam Cię za takie zmiany, ja jak mam możliwość to zabieram różne warzywa z ogrodu mamy lub babci i oczywiście jajka ich kurek, bo innych nie chcę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ziółka na parapecie to też dobra opcja, a jak jeszcze mama i babcia obdarowują ogrodowymi specjałami, to nie jest źle;)

      Usuń
  3. Ja bylabym bardzo wdzieczna za ten tygodniowy jadłospis obiadowy,oj bardzo byłabym wdzieczna,gdyby tak "przez przypadek" znalazł sie na blogu :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Hm, może skomentuje z innej perspektywy. Niedawno skończyłam 18 lat, ale już od ok. półtora roku jedzeniem interesuje się bardziej. Rodzice generalnie zawsze jedli zdrowo, ale powszechne stereotypy i marketingowe chwyty trochę utrudniały żywienie nas. No bo przecież co dziecko ma zjeść na śniadanie jak nie płatki z mlekiem, a dlaczego miało by nie przekąsić na deser czekoladki czy ciasta popijając soczkiem z kartonika? Ale z czasem razem doszliśmy, że przecież owsianka z owocami na śniadanie wcale nie ustępuje nieszczęsnym płatkom. Powoli trułam, wierciłam i przeszliśmy na mąki gryczane, owsiane. W kuchni często kombinowałam, między innymi do Pani zaglądałam po inspiracje. Teraz nagle okazuje się, że jajka na śniadanie są dla mnie o wiele lepsze niż posiłek węglowodanowy. Koktajle, smoothie czy bez cukrowe ciasta są fajną opcją na przekąskę,deser, a daktyle najlepszymi "cukierkami". Nadal zdarzają nam się kupne słodycze, teraz lody, natomiast duma mnie napawa gdy 4-letnia siostra biega przegryzając marchewkę, a popija domową lemoniadą.
    Jako że kiedyś miałam problemy z nadwagą, doświadczyłam już trochę bezsensownych diet. Teraz wiem,że racjonalność jest najlepsza. Ewidentnie czuję też, że gluten mi szkodzi w nadmiarze. Nie wyobrażam sobie jeść codziennie owsianki na śniadanie, potem chleba i jeszcze makaronu na obiad. Wydaję mi się, że jedna porcja zbóż raczej w kierunku tych bezglutenowych jest optymalna. Nabiał jest jeszcze zagadką.
    Problemem jest teraz ilość kalorii. Do niedawna ćwiczyłam bardzo intensywnie, toteż jadłam naprawdę dużo, teraz regeneruję się po kontuzji, a aktywność ograniczyłam znacząco, dodatkowo lato i nie mam pojęcia kiedy i ile jeść, co poskutkowało jedzeniem godzinowym z liczeniem kalorii, bo siła nawyku mówi mi, że mam jeść, a rozsądek, że nie potrzebuje tyle jedzenia co wcześniej. I jak tu nie zwariować ;)
    Proszę wybaczyć za moje wywody, ale poczułam potrzebę podzieleniem się mą historią. Pozdrawiam Tosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Tosiu (super masz imię!) za to podzielenie się i gratuluję mądrego podejścia do kwestii odżywiania, co chyba nie zdarza się zbyt często w tak młodym wieku:) Jestem pewna, że i z obecnym problemem sobie poradzisz. Również pozdrawiam:)

      Usuń
  5. Z wielką ciekawością przeczytałam wszystkie części o zdrowym odżywianiu - sama czuję się zagubiona w gąszczu wykluczających się (często!!) porad. Jeśli mogę zapytać - czy zastosowałaś już u siebie "Plan" L-G Recitas? Ja, w związku z kiepskim samopoczuciem i brakiem energii, zrobiłam ostatnio test na nietolerancję pokarmową i wynik zwalił mnie z nóg: otóż nie powinnam jeść mleka krowiego i jego przetworów, jajek, drożdży, glutenu, pszenicy, żyta, kukurydzy oraz czosnku. Nadmienię tylko, że jestem miłośniczką wszelkich twarogów i serów.... Taaak. Pani przeprowadzająca test stwierdziła jasno: wykluczyć należy wszystkie pokarmy nietolerowane na rok, a później spróbować jak będzie reagował na nie organizm. No nie wiem, dlatego jestem ciekawa czy jakieś nietolerancje wykazał "Plan". Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iza, planu jeszcze nie zrobiłam, cały czas się do niego przymierzam, to wymaga trochę wcześniejszego przygotowania i jakoś nie mogę się do tego zmobilizować.
      Natomiast nie słyszałam, żeby wykluczyć z diety jakieś składniki aż na rok. Jaki to ma sens i co ma sprawdzić?
      Jest coś takiego jak ATP, czyli protokół autoimmunologiczny, może tym byś się zainteresowała? Tam wyklucza się dużo produktów, ale po miesiącu, a najdalej po 3 wprowadza się je ponownie po kolei i sprawdza reakcje organizmu. Może masz uczulenie na białko, a nie całe jajko, a może wcale nie masz i o co innego chodzi u Ciebie?
      Z mojej wiedzy wynika, że takie typowe testy na nietolerancję niekoniecznie są miarodajne.
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Dzien dobry, ja robilam sobie taki test na nietolerancje (z rpobki krwi) choc lekarz w UK stwierdzil ze oni nie popieraja, nie zlecaja i nie wierza w te testy.. wynik mam bardzo podobny do pani - choc z jajek mam reakcje tylko na bialko. Najpierw poszlam w zaparte, uznalam ze jak to?! cale zycie jadlam jajka a teraz mam przestac?? az w koncu organizm dawal duzo znakow i przerzucilam sie wlasciwie na weganska diete + mieso. Probuje i powoli i wciaz jestem na diecie eliminacyjnej, zdarza mi sie zjesc jajko eko, lub kes chleba ale jelita czuja sie duzo lepiej (ja tez) i nie trwalo to rok. Rowniez biore dziennie probiotyk i enzymy wspomagajace trawienie, do tego gdy mam mozliwosc pije wode z sokiem z domowych kiszonek - pomaga. Eliminacja zupelna na rok u mnie nie byla potrzebna. Powodzenia i cierpliwosci - ja nadal na diecie, ale juz swiadomie z wyboru, a nie z przymusu. To raczej sposob jedzenia teraz, choc mam jeszcze kilogramy nadwagi.

      Usuń
  6. Musze powiedzieć, że jestem zachwycona Pani wpisem. Najbardziej pozytywnie zaintrygowała mnie obiektywność, z jaką pisze Pani o żywieniu, odżywianiu, swoich spostrzeżeniach. Nie ma to oddźwięku autorytarnego w stylu 'moja racja jest najmojsza i wszyscy inni się mylą'. Mam kilka innych spostrzeżeń dotyczących diety, bo jako dietetyk wiele sprawdziłam nie tylko na sobie, ale także na innych. W żywieniu przede wszystkim trzeba kierować się rozwagą i sceptycyzmem, aby nie ulegać chwilowym modą, które ani nie mają pokrycia w nauce, ani w doświadczeniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, z mojej najmojszej racji już trochę wyrosłam;)
      A chwilowa moda, jak sama nazwa wskazuje, jest chwilowa, więc raczej nie zaszkodzi, nawet jak jej ulegniemy. Może ważniejsze to, co nam towarzyszy na stałe...? Tak w życiu w ogóle:)

      Usuń
  7. Zmiany jak najbardziej na plus :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Naprawdę bardzo ciekawy post, nigdy nie sądziłam że biały nalot na języku może być od złej diety! No to czas na zmiany! Trzeba bardziej obserwować swój organizm :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Sam posiadam przydomowy ogródek i od czasu do czasu, coś z niego zbieram, żeby przygotować obiad. Polecam nawet takie małe grządki ponieważ czuć różnicę w smaku między naturalnymi bez pestycydów i innych chemikaliów, a produkowaną na masową skalę żywność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie czuć, poza tym takie grzebanie w ziemi przy własnych uprawach to jest przyjemność, mnie taka praca relaksuje:)

      Usuń
  10. Ja hoduję zielony groszek i taki świeżo zerwany smakuje o niebo lepiej niż to co mamy w puszkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jasne, to w ogóle nie ma porównania! Ja posiałam z kolei zieloną fasolkę, ale ucieszyły się z tego głównie ślimaki, kilka strączków tylko się uratowało:(

      Usuń
    2. Hej Sowo, dawno do Ciebie nie zaglądałam, a to wielki błąd był, jak widzę!!! Zamierzam szybko nadrobić zaległości :) A chciałam się podzielić z Tobą jedną refleksją. Widzę, że ewoluuję w tym samym kierunku! U mnie to trwa od niedawna, kilka miesięcy. Odstawiłam zupełnie zboża, ale tez nabiał i świetnie się z tym czuję. Dodatkowo - sięgnęłam po mięso, którego nie jadłam kilka lat, przestałam się bać tłuszczy. Efekt jest taki, że mogę obserwować swój organizm, że nie targają mną ataki hipoglikemii, że jem jak jestem autentycznie głodna, a nie wg zegarka. Dawniej po przebudzeniu biegłam od razu do owsianki, a po dwóch godzinach miałam ochotę zjeść konia z kopytami i jadłam owoce, po których znowu było to samo. Teraz jak zjem śniadanie o 10-11 (najczęściej jajka + dużo warzyw), to głodna robię się o 16-17. Cudowne uczucie.
      Pisałaś o Targu Pietruszkowym, jestem ciekawa, o której tam bywasz w soboty. Bo jeśli ok. 7, to może udałoby nam się spotkać na krótkie "cześć" :) Pozdrawiam Cię gorąco!!!

      Usuń
    3. Ależ miło Cię widzieć!:)
      Wysłałam maila:)

      Usuń

Jeśli spodobał Ci się ten wpis/przepis, masz jakieś sugestie albo skorzystałeś z niego - podziel się tym w komentarzu.
Jeśli komentujesz jako anonimowy, zostaw proszę swoje imię.
Pozdrawiam i dziękuję!